Archiwum

Bóg w moim małżeństwie

Na początku był Bóg. Pomyślał mnie jako nieco (nie wiem, jak duży rozmiar jest tego „nieco”) kontrowersyjną osobę. Było to bardzo ryzykowne posunięcie, do tego stopnia, że ja uwielbiam wyrażać przeciwne opinie do funkcjonujących stereotypów nawet, gdy tak naprawdę moje poglądy są takie same. Mówiąc jaśniej: moją domeną jest wkładać przysłowiowy kij w mrowisko. Ta cecha towarzyszyła mi zawsze i wszędzie. Czasami bardzo utrudniała życie, czasami budziła podziw. Dość istotna okazała się, kiedy podejmując decyzję o małżeństwie, nie traktowałam tego zobowiązania poważnie. Niestety, niosło to za sobą niekorzystne dla mojego życia duchowego (niedzielno-świąteczny Bóg mi wystarczał) konsekwencje w postaci, na przykład niewierności małżeńskiej. Oczywiście – tak myślę – każdy, kto zdradza, zakłada że lepiej dla małżonka jest pozbawić go świadomości tego faktu. Nawet, jeśli to fizycznie się uda, to w psychice zachodzą zmiany, których już się ukryć nie da.

Nie czułam wtedy rozdźwięku między słowem, pochodzącym z moralności chrześcijańskiej a niechrześcijańskim czynem, bo zawsze podkreślałam swoją emancypację i traktowałam małżeństwo jak drogę do robienia, co chcę. Moje „chcę” zderzyło się z Boga „nie chcę”, gdy obudziły się we mnie instynkty macierzyńskie. Wtedy poddawaliśmy się oboje z mężem różnym metodom leczenia niepłodności, nie wyłączając medycyny alternatywnej. W końcu się udało. Nie pamiętam jednak bym była Niebiosom za to wdzięczna, raczej wierzyłam w siłę medycyny. Podobne kłopoty były z drugim dzieckiem, a kiedy się ono urodziło, to wcale nie zniknęły. Bóg przypomniał nam o sobie, kiedy mój dwutygodniowy niemowlaczek umierał mi na rękach z powodu zapalenia płuc. Doszłoby do tego, ponieważ znajomy lekarz z Kościoła Domowego leczył dziecko lekami homeopatycznymi. Nie pamiętam, jak to się stało, że ktoś posłał do mojego domu innego lekarza i dzięki temu natychmiast trafiliśmy do szpitala. Pochylając się nad wplątanym w aparaturę dzieckiem, zrozumiałam, że idzie o życie. Wtedy też poczułam siłę modlitwy wspólnotowej. Dziś, gorąco dziękuję Bogu, że to była tylko generalna próba mojej wiary, że pozwolił mi poznać i pokochać moją córcię.

Pomimo doświadczenia, że życie jest takie kruche, tak nagle może się skończyć, nie miałam czasu dla Boga więcej, niż wymagała formacja Oazy Rodzin. Ograniczaliśmy się do comiesięcznych spotkań, zbyt wiele w sferze duchowej z siebie nie dając, gdyż mieliśmy maleńkie dzieci. Wszystko  podporządkowywaliśmy zabieganiu o dobra materialne. Ciężko pracowaliśmy, jak się później okazało, na swoją biedę. Kolejne biznesy (gabinety medycyny alternatywnej, pub czy transport) nie dawały wewnętrznego spokoju, a tylko piętrzyły trudności. Te wpływały bardzo niekorzystnie na relacje małżeńskie. Oczywiście zwracaliśmy się do Boga, najczęściej po to, by pobłogosławił nasze pomysły. Z perspektywy czasu dostrzegamy oboje, że Bóg mówił nam, że one nie są najlepsze. My jednak mieliśmy swój plan… Gdyby Bóg nie potraktował nas jak surowy ojciec (zabrał niebezpieczne zabawki), byłby to plan rozpadu małżeństwa i podziału tego wszystkiego, co z takim trudem zdobywaliśmy. Cudem uratowaliśmy dom, wiarę i małżeństwo. Ładnie to określiłam, ale to nie nasza zasługa. To był proces. Najpierw Bóg odmienił serce mojej mamy, która rok nie odzywała się do mnie z powodu przyjęcia przez nas dziecka w rodzinę zastępczą. Jednak w sytuacji, kiedy straciliśmy środki do życia, to właśnie moi rodzice dźwigali przez dwa lata ciężar utrzymania nas.

Natomiast małżeństwo na nowo pobłogosławione przez Boga rękoma ojca Błażeja w dwudziestą rocznicę ślubu rozkwita, a razem z nim rozkwita moja wiara. Doświadczam, że ten sakrament działa –  dotąd w to nie wierzyłam, nie rozumiałam tego, nie czułam, sama nie wiem. Rzeczywiście przyjmowałam go po raz pierwszy z przekonaniem, że chcę trwać w tym związku do końca moich dni. Oświeciło mnie, że korzystam z tej wolności, na której tak mi zależało, że mam naprawdę wyrozumiałego męża, od którego nauczyłam się pytać: co jeszcze mogę dla ciebie zrobić? Nawiasem mówiąc, uważam to pytanie za najważniejsze w obcowaniu z bliskimi, bo świetnie realizuje miłość bliźniego. Można je jednak zadać wyłącznie, mając Boga w sercu. Kiedy moja dusza nie była w takiej zażyłości/ łączności ze swoim Stwórcą, to wydawało mi się, że pytając w ten sposób, poniżam się i daję wykorzystywać. Bóg właśnie taki jest. Daje się wykorzystywać. Nieustannie rozpieszcza mnie tym pytaniem. Dał mi tak naprawdę wszystko, o co prosiłam w młodości Maryję na pielgrzymkach do Częstochowy: niezwykłe małżeństwo, szanujące się dzieci i dom, do którego wszyscy lubimy wracać.

Wiem,  że nie jestem przykładem człowieka nawróconego, bo było dokładnie tak, jak rozpoczęłam. W moim życiu zawsze był Bóg. Mówił o nim mój ojciec, głośno i odważnie, wyrażając swą wdzięczność i zawierzając naszą rodzinę Maryi. Kiedy związałam się z ruchem Światło – Życie, nauczyłam mojego ojca wielu pieśni, które towarzyszyły nam podczas rodzinnych podróży. Za chłopakiem rozglądałam się również w kręgach oazowych. Miałam nawet dwóch, długo nie wiedziałam, którego wybrać. W trzy lata po ślubie włączyliśmy się w formację Kościoła Domowego, w której trwaliśmy dwanaście lat, jeżdżąc na różne fantastyczne rekolekcje. Jednak Boga można doświadczyć najbardziej wtedy, kiedy się nie ma nic. Nie ma na jedzenie, paliwo, odłączają prąd, gaz i wtedy na szczęście Bóg nie mówi: „a nie mówiłem?” Wręcz przeciwnie.

Mój samochód ma cyfrowy wskaźnik kilometrów. Pokazuje, ile można przemierzyć na aktualnym stanie baku. Pamiętam dzień, kiedy wraz z pokonywanymi kilometrami nie zmniejszała się ta liczba, a zwiększała. Pamiętam dzień, kiedy na nasze konto wpłynęła „pomyłkowo” potrzebna nam suma. Pamiętam dni, kiedy dla mojego męża czas się zatrzymał, a te ułamki sekund ratowały mu życie.

W książce „Oskar i pani Róża” jest takie zdanie, że Boga można prosić wyłącznie o sprawy duchowe, bo to nie święty Mikołaj. To nieprawda.

Choć tych duchowych łask otrzymaliśmy rzeczywiście mnóstwo i nieustannie na nas spływają, choćby z ostatniego tygodnia. Trwały u nas rekolekcje adwentowe, a mój mąż miał marzenie przystąpić w ich trakcie do spowiedzi. Dla uczestniczących w rekolekcjach wiernych, to nic nadzwyczajnego. Dla kierowcy ciężarówki, przemieszczającego się z jednego krańca Europy w drugi, wstrzelić się z 45-minutową pauzą w czas spowiedzi podczas parafialnych rekolekcji to po prostu cud.

Chciałam jednak dać świadectwo o tym, że każdego dnia doświadczam również materialnej działalności Boga w moim życiu. Jest to żywność, ubrania, pieniądze. Nie mam wątpliwości, że to Bóg, bo czasami otrzymuje różne rzeczy z dedykacją. Są to słowa wypowiadane przez życzliwych mi ludzi, pochodzące ze skierowanych do Boga moich modlitw.

Wcześniej nie dostrzegałam tej Bożej opieki, bo zwyczajnie nie rozumiałam, że Bogu aż tak bardzo zależy na człowieku, że w takich detalach chce mu się zajmować jego życiem. Uważałam, że otrzymałam zdrowie i rozum, i powinnam radzić sobie sama.

Bóg jest Ojcem nieustannie pytającym, co jeszcze mogę dla ciebie zrobić…

Kamila